Prawie miesiąc temu na naszej działce zaczęły kwitnąć zimowity, co zawsze jest oznaką kończącego się lata i nie napawa mnie optymizmem.
Bardziej cieszyłam się, gdy zaczęły kwitnąć hibiskusy. Na razie są jeszcze małe, ale zawsze to radość.
Sąsiadka, która dostała od nas nasiona, doczekała się ogromnych hibiskusów, bo ma bardziej odpowiadającą glebę.
Margerytki, które uwielbiam, zdążyły już przekwitnąć, żółte liliowce też.
Kwitną jeszcze róże, choć nie jest ich zbyt wiele.
Na altance, po której już przestał się piąć clematis, rozprzestrzenił się milin amerykański, który zawsze mi się niezwykle podobał.
Męża najbardziej cieszy jego warzywnik, który kiedyś zryły dziki i w miejsce wykopanych ziemniaków mąż posiał ogórki. O dziwo, ogórki zbieramy do tej pory, nawet dzisiaj do obiadu zrobiłam mizerię, a w słoikach są korniszony i ogórki kiszone na zupę. Wczoraj przed burzą mąż przywiózł z działki ogromną cukinię, która wyglądała jak Zeppelin oraz patisony i fasolkę szparagową, co najmniej na trzy- cztery obiady. Cukinię i patisony dostał syn, bo już miałam dosyć smażenia placuszków, a patisony w occie lubią jego goście. Zresztą rozdawaliśmy z naszego warzywnika wszystko, czego tylko mieliśmy zbyt dużo.
Na koniec, na pożegnanie lata umieszczę zdjęcie słonecznika, który choć malutki, to jednak kojarzy mi się z jesienią.
ŻEGNAMY LATO, WITAMY JESIEŃ.






















