wtorek, 10 października 2017

Koty i grzyby

   W tym roku nie mieliśmy powodu, aby cieszyć się pogodą. Nasza działka bez przerwy była zalana wodą, która z oczka potrafiła wylewać się na trawnik. Cebulki kwiatów zgniły, drzewa i krzewy zmarzły. Nie pamiętam tak brzydkiego roku dla działkowiczów!
   Naszą działkę wciąż odwiedzają koty, a jeden z nich po najedzeniu się towarzyszy mojemu mężowi przy pracach porządkowych, bo trzeba działkę przygotować do zimy. 
   Tu z ciekawością przygląda się, jak mąż przebiera się w altanie do pracy. 


Gdy mąż wycinał  gałązki maliny polana, ten sam kot najpierw patrzył, co pan robi, a potem zaczął się turlać, nie wiem, z jakiego powodu.


   Tu,już najedzone koty  chyba czekają na deser😶.


    Gdy nie padało, mąż wybierał się na grzyby i w większości przypadków wracał z pełnym koszem.


 Wiadomo, każdy grzybiarz najbardziej cieszy się z borowików.


Te zostały ususzone, inne też i już sprezentowane  rodzinie, która albo nie ma czasu wybrać się do lasu, albo nie nie potrafi szukać grzybów. Mąż znajdzie każdy, nawet najbardziej ukryty, grzybek.







Wszystkie powyższe grzyby to borowiki.


Choć te nie są borowikami, to jednak miło znaleźć taką rodzinkę. 


Tego grzyba nikt nie włoży do koszyka. Najlepiej go sfotografować.

   Nie wiem, czy jeszcze będzie okazja pokazać jakieś kwiatki na działce, chyba że znajdziemy je u sąsiadów.

 U mnie dzisiaj mgła zasnuwa miasto i jest bardzo niesympatycznie, aż nie chce się wyjść z domu.


niedziela, 24 września 2017

O dziwo, biorę udział w konkursie!!!

   Nigdy nie biorę udziału w żadnych blogowych konkursach, ale w tym, organizowanym przez  Krystynę z bloga

                                          http://klubkotajasna8.blogspot.com/

postanowiłam wziąć udział.  Wrześniowy konkurs u Krystyny odbywa się pod hasłem "Jesienny kot".


    Bardzo lubię rude koty, a ten, którego zdjęcie wysłałam na konkurs, jest nie tylko rudy jak jesienny liść, ale też wyjątkowo wredny. Najprawdopodobniej we wczesnym dzieciństwie mógł wyglądać tak, jak słodki, rudy kociak, który musieliśmy przynieść z działki do domu, bo został sierotką.


Niestety, sierotka nie mogła u nas zostać ze względu na alergię syna, na szczęście kociak trafił w bardzo dobre ręce.

   Rudy kot, który trafił na konkurs, nigdy u nas nie był, bo należy do mojej przyjaciółki, która jest niesamowitą kociarą. Jagusia, bo tak ma przyjaciółka na imię, kiedyś, będąc na swojej działce, usłyszała żałosne miauczenie dochodzące z jakiejś rury. Z trudem wydobyła małe kociątko, które choć uwolnione,  broniło się ząbkami i  pazurkami.
   W domu Jagusia postawiła maleństwo na białym prześcieradle i spryskała je jakimś preparatem na pchły. Prześcieradło natychmiast stało się czarne od mnogości pcheł.
    Przyjaciółka nadała mu jakieś bardzo słodkie imię, które w ogóle nie pasowało do rudej przybłędy, która nie pozwoliła do siebie podejść. Mąż przyjaciółki nazwał go Fryckiem i tak już pozostało. Nigdy nie widziałam wredniejszego kota, który atakował każdego przechodzącego w pobliżu, nawet swoją panią. Lubił leżeć w kuchni na okapie i gdy tylko Jagusia podeszła do kuchenki, natychmiast na nią skakał i drapał jej plecy.
   Frycek stał się wielkim kocurem, ważył 8 kilogramów i wyglądał jak tygrys, a nie zwykły kot. Z wiekiem nieco złagodniał i się uspokoił, ale ja dalej się go bałam.
                    A OTO I BOHATER MOJEJ OPOWIASTKI O RUDYM KOCIE


Mimo że nikt i nic mu nie zagraża, czujnie spogląda na fotografa, a prawa łapka ma ochotę go drapnąć.

   Na koniec przypomnę, że biorę udział w konkursie, a właściwie to Frycek bierze, więc można na kota mojej przyjaciółki oddać głos na blogu 
 http://klubkotajasna8.blogspot.com/

   Zaraz zadzwonię do Jagusi, na pewno się ucieszy, że jej Frycek jest jednym z bohaterów konkursu.
                                                                        Dopisek 

Można głosować od 2 do 4 października włącznie, "mój" Frycek ma numer 6.

   Kolejny dopisek 

Już można głosować. Podaję linka:


Przypominam, że Frycek  ma numer 6, ale wszystkie inne koty też są wspaniałe.

poniedziałek, 18 września 2017

Zimowity zwiastują jesień

   Te piękne kwiaty to zimowity, mimo że wyglądają uroczo, to za nimi nie przepadam, bo to kwiaty jesieni, a potem zimy.


Astry to też kwiaty jesieni.


 Nasza piękna kalina już poczerwieniała i choć wygląda pięknie, to smutno mi, gdy na nią patrzę.

 
    Zakwitło kilka ślazówek i czerwona róża. 



   U naszej sąsiadki, pani Janki, miłośniczki róż, jest ich dużo więcej.



   Wreszcie zakwitł nasz milin, tylko nie wiem, dlaczego tak późno. chyba nie służyły mu obfite opady deszczu.


   Ostatnio przybłąkał się dość odważny kotek, który chyba był bardzo wygłodzony, bo nie dość, że natychmiast rzucił się na jedzenie, to jeszcze wygrzewał się na płytkach i łączce, jakby chciał nam powiedzieć, że zawsze będzie do nas przychodził, aby się najeść.



   Niedzielna wyprawa męża na grzyby zaowocowała nie tylko zbiorem niedużych grzybków, nadających się do octu, ale też zdjęciami uroczych muchomorów, które bardzo mnie uradowały. Te czerwone śliczności zostały, oczywiście w lesie  i mam nadzieję, że jakimś bezmyślnym grzybiarzom nie przyjdzie do głowy, aby je zniszczyć, bo tak pięknie zdobią las.



ŻYCZĘ WSZYSTKIM POGODNEJ JESIENI I MNÓSTWA SŁOIKÓW PEŁNYCH 
JEJ DARÓW.

środa, 6 września 2017

Na grzyby!

   Gdy tylko zacznie się wrzesień, mąż natychmiast wyciąga z piwnicy rower i rusza w las. W sobotę zobaczył pewną kobietę z koszem grzybów i doszedł do wniosku, że sezon grzybowy jest rozpoczęty. Od dawna padało, noce nie są zbyt zimne, więc grzyby muszą być! W ubiegłym roku nie było ani jednego grzybka i szybko wyczerpały się zapasy suszonych grzybów, więc trzeba je uzupełnić.
   W poniedziałek mąż nie znalazł zbyt dużo, ale i tak trzeba je było suszyć do godziny drugiej w nocy. We wtorek, czyli wczoraj, już było lepiej, bo pojawiły się borowiki, o których marzy każdy grzybiarz.




Nawet widać jakąś kurkę. Jako że wychowaliśmy się na wsi w pobliżu lasów, bardzo dobrze znamy się na grzybach, a jeśli do któregoś mamy wątpliwości, to po prostu go nie zrywamy.

   Na razie wszystkie grzyby są suszone, bo są zbyt duże do marynaty, wprawdzie te można było pokroić i włożyć do octu, ale mąż liczy na to, że gdy pojedzie wczesnym rankiem, to znajdzie małe grzyby.

   Pochwalę się  jeszcze cukiniami, kabaczkami i patisonami, które zrywamy codziennie z działki. Niektóre są ogromne, bo niezwykle szybko rosną.


   Wreszcie się zdecydowałam, że usmażę je w plasterkach oraz jako placuszki. Dzięki przepisom w internecie wiedziałam, jak to zrobić. Tak wyglądała część niezwykle smacznych placuszków.

 
 Choć dodałam zbyt dużo mąki, to i tak mąż stwierdził,  że są smaczniejsze od placków ziemniaczanych i warto dla nich hodować patisony, kabaczki i cukinie.

Muszę się jeszcze czymś pochwalić, a mianowicie naszymi malinami, którym nie przeszkadza deszcz i co drugi dzień zrywamy po pół kilograma.


Nie robię z nich soków, lecz sama zjadam taką porcję:


   W następnym poście pokażę zdjęcia mizernych kwiatów,  którym nie służyło deszczowe lato w tym roku.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Lilie azjatyckie

   Nie znam się na liliach, więc musiałam na fachowych stronach znaleźć, czy to, co teraz kwitnie na naszej działce, to naprawdę lilie azjatyckie. Okazało się, że jest taka mnogość odmian, że naprawdę trzeba być fachowcem, aby je rozróżnić. Wyczytałam, że są mieszańce azjatyckie, mieszańce orientalne, mieszańce trąbkowe i mieszańce longiflorum. Kto wie, jakie jeszcze mieszańce wymyślą zapaleni wielbiciele lilii.

A oto nasze lilie, różowe, nakrapiane, o wywiniętych płatkach i niesamowicie pachnące: 






   Po raz któryś będę narzekać na pogodę, która nas nie rozpieszcza. Rzadko zdarza się dzień bez opadów i burz, a to wszystko nie sprzyja roślinom na działce. Na warzywniku woda stoi nie tylko na dróżkach, ale też na grządkach, a przecież warzywa nie lubią mieć bez przerwy zamoczonych korzeni.
   Podejrzewam, że jesienią nie będzie żadnych kwiatów, którymi mogłabym się pochwalić. 
    Prawie przez całe lato w kółeczku na trawniku stała woda i wszystkie kwiaty zmarniały, a przecież w inne lata były takie piękne.


   No cóż, nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Na koniec słonecznik, który będzie rósł dopóty, dopóki ptaszki nie wydłubią jego ziarenek.


   Oby druga połowa sierpnia i prawie cały wrzesień nie sprawiały nam kłopotów.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Koty małe i duże

   Okazuje się, że na działce mamy trzy małe koty, w tym oczywiście mojego słodkiego Gacusia. W tej chwili jest najodważniejszym maluszkiem i pozwala zbliżyć się do siebie na metr.
   Pogoda nas nie rozpieszcza, często mamy ulewę lub burzę, więc działka jest zalana wodą i mąż musi jeździć na nią codziennie, aby wybrać wodę z oczka, która się w nim nie mieści. Dziś też już zdążyliśmy przeżyć burzę od godziny 9 do 9,30. W tej chwili mamy słoneczko, ale jest niesamowicie parno.


Koty nie lubią moczyć łapek w wodzie, więc mama Gacusia  wskoczyła na kamień, a jej synek (a może córeczka) medytuje, czy pójść w ślady rodzicielki. Za kamieniem widać przepełnione oczko i wylewającą się na trawnik wodę.


Biało-szara kocica ulokowała się na beczce, zaś inne koty próbują chodzić po płytkach, bo trawa jest zbyt mokra.


Mój Gacuś schował się pod daszkiem wiatraka, ale zaraz stamtąd czmychnął.


Po jednej z burz zobaczyliśmy z balkonu śliczną tęczę na wschodzie, która potem się podwoiła, jednak ta druga była dużo jaśniejsza.


Wtedy pomyślałam, że ta tęcza jest zwiastunem końca opadów i faktycznie tak się stało, choć tylko na krótko. Na drugi dzień była już ładna pogoda i koty mogły osuszyć wilgotne futerka.


Widać, że Gacuś jest najbardziej łapczywy i ledwo daje sobie radę z dużymi kawałkami wątróbki.


Po obiedzie zaczął rozmyślać nad sensem kociego życia, najpierw siedząc na płytkach, a potem leżąc na nagrzanych kamieniach.



 Jednak cały czas czujnie nadstawiał uszka, chyba nie chciał, aby coś ciekawego go ominęło.

   Na działce podczas tych ulew i burz zakwitły lilie, choć nie tak pięknie jak w ubiegłym roku.


   Syn się cieszy, bo  ojciec dostarcza mu kabaczków na leczo, które bardzo lubi, a ja za nim nie przepadam, bo obrzydziłam sobie w Bułgarii.

To jest plon tylko z jednego dnia. Dalej nie odróżniam cukinii od kabaczków, jedynie wiem, jak wygląda patison, na który mąż mówi "kapiszon".

   Mam nadzieję, że w nocy lub przed wieczorem nie będzie kolejnej burzy i będzie można spokojnie spać, jednak na wszelki wypadek wyłączę komputer z prądu.