sobota, 5 kwietnia 2014

Cud Matki Natury- wszystko kwitnie!

   Matka Natura wyjątkowo nas rozpieszcza. Przed naszym wieżowcem zakwitły na różowo jakieś drzewa ozdobne i od razu poprawia nam się humor, gdy wychodzimy z domu.




Mój wieżowiec jest z lewej strony, ale naszego balkonu nie widać.
   Dziś rano na działce mąż zastał rozkwitłe kwiaty śliwy i czereśni, czego w innych latach nie było. Wypada się tylko cieszyć, że kwiaty nie zmarzną na "zimnych ogrodników", bo już zawiążą się owoce. Mimo nieciekawej pogody mąż musiał zjawić się rano na działce, bo odkręcano wodę i właściciele działek musieli odkręcić krany, aby rury nie popękały pod ciśnieniem.






Czyż nie można się zakochać w tych białych kwiatach?

   Chyba nigdy na początku kwietnia na naszej zimnej działce nie zakwitły tulipany, a dziś- proszę- są!




Wprawdzie jeszcze kwiaty nie są w pełni rozwinięte, ale wystarczy poczekać kilka dni.
Przy drodze na działkę wczoraj sfotografowaliśmy całe płachty zawilców.

A na koniec ciekawostka- malutka szklarenka, w której rosną pewne krzewy, tak- tak, krzewy. Może ktoś zgadnie, jakie.


Nasionka w lutym były posiane w zwykłym korytku, a teraz przesadzone do pojedynczych doniczuszek. Ciekawa jestem, skąd na działce znajdziemy tyle miejsca, aby posadzić 30 krzewów, które powinny pięknie zakwitnąć.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Kaczeńce i gołębie

  W moim mieście jest bardzo duży park, przed wojną i niedługo po niej był tam cmentarz, który chyba wadził rajcom miasta i przeniesiono go na obrzeża. Często zaglądam do tego parku, bo naprzeciw niego jest poliklinika, w której bywam. Akurat w poniedziałek pomyślałam, że warto zobaczyć, czy już do parku zawitała wiosna. W długim płocie znaleźliśmy jedno z wielu wejść i już na samym początku dostrzegliśmy na skarpie ogromne płaty kaczeńców. Do fotografii wybraliśmy  najbardziej gęstą kępę i oto ona:


   Na trawniku dostrzegliśmy kępę kolejnych wiosennych kwiatów, a były to niebieskie cebulice, które dobrze pamiętam z czasów mojego dzieciństwa i mile mi się kojarzą.


    Później naszą uwagę przykuły dwie sroki, jedna siedziała wysoko na drzewie, druga dreptała pod nim, ale gdy tylko mąż wycelował w nią aparat, natychmiast pofrunęła do swojej towarzyszki, która, jak się okazało, budowała gniazdo. Siedziały zbyt wysoko, aby je sfotografować. Za to na alejce mogliśmy podziwiać wyjątkowo urodziwego gołębia, którego nie przerażał widok ludzi i nawet nie miał zamiaru od nas odfrunąć. W pewnym momencie nawet zaczął pozować do zdjęć.









   Nie znam się na gołębiach i nawet za nimi nie przepadam, bo brudzą mi balkon, ale ten chyba był rasowy i możliwe, że uciekł z jakiejś hodowli. Najśmieszniejsze jest to, że gołąb (a może gołębica) przywiązał się do mojego męża i zaczął za nim podążać, obawiałam się nawet, że gdy wsiądziemy do samochodu, on pofrunie za nami. Na szczęście wrócił do parku. Może następnym razem sroki dadzą się sfotografować.