sobota, 7 listopada 2015

Przypadkowa wycieczka

    Miałam jechać na groby swych najbliższych dopiero 7 listopada, ale tak się złożyło, że razem z mężem i synem wyruszyliśmy 3 listopada. Gdy podczas podróży syn usłyszał, że nie widzieliśmy lotniska, na którym po wojnie stacjonowały samoloty radzieckie, natychmiast skręcił w bok, abyśmy zobaczyli to, co po nim pozostało. Samoloty radzieckie opuściły to lotnisko 5 maja 1995 roku. Syn od dziecka pasjonował się lotnictwem, kleił modele samolotów, czytał i oglądał wszystko, co tylko było o wielkich bitwach podniebnych.
   Teraz po tym lotnisku, które naprawdę powstało w czasach, gdy te tereny należały do Niemiec, pozostały tylko ruiny. Zachowały się jedynie hangary, ale niektóre z nich wykupiono i zrobiono w nich magazyny. Brakuje długiego pasa startowego, bo nadwyrężył go ząb czasu, zrujnowana jest też wieża kontroli lotów.





   Po opuszczeniu lotniska syn spytał, czy widzieliśmy spalony dąb Chrobry, który miał 750 lat. Jako że tego też nie widzieliśmy, odbił w lewo od głównej drogi i po dziesięciu kilometrach zatrzymał się na parkingu niedaleko tegoż wiekowego dębu. Jak było napisane na tablicy informacyjnej, dąb przeżył powstania i dwie wojny, ale nie udało mu się przeżyć ludzkiego wandalizmu.  


   18 listopada 2014 roku trzynaście jednostek straży pożarnej  gasiło go przez 30 godzin. Na szczęście widać, że na czubku dębu z jednej strony są liście, więc możliwe, że dąb przeżył.



   To nie pierwszy dąb, który  został podpalony przez jakiegoś głupca. W listopadzie 2010 roku doszczętnie spłonął 600- letni dąb Napoleon, skarb klasy europejskiej. Czyżby w moim województwie mieszkali jacyś obłąkańcy?
   Po odwiedzeniu grobów moich rodziców i siostry, zajechaliśmy do rodzinnej wsi i zaczęliśmy z synem dyskusję na temat naszego pięknego dworca kolejowego, a dokładnie, czy w lesie za stacją była nastawnia, czy parowozownia, której już nie ma. Syn oczywiście musiał zobaczyć, kto z nas miał rację, więc podjechaliśmy przed dworzec, jednak w niczym nie przypomina on tego, który pamiętam sprzed lat. Tradycyjnie ja miałam rację.


    Z tej strony nie widać nastawni, ale za to widać mnie na peronie, który jest niezwykle nowoczesny, jednak mi się nie podoba.

   Już dawno miałam w mojej wsi sfotografować pierwszą pocztę, o czym świadczy trąbka pocztowa na bocznej ścianie. Ta druga poczta do tej pory stoi naprzeciwko mego domu rodzinnego.



    W tym pokaźnym budynku przed wojną była też dyrekcja wspaniałej cegielni, po której już żaden ślad nie pozostał. Po wojnie budynek odremontowano i zamieszkali w nim repatrianci z Kazachstanu.

   Kilka metrów dalej stoi niezwykle kolorowy domek, zawsze zadziwiał mnie okrągły element umieszczony na środku. Podejrzewam, że do budowy tego domku wykorzystano cegły wykonane na miejscu.


 W kole pod dachem widnieje ekierka, cyrkiel, kątomierz, pędzel i ołówek. Możliwe, że mieszkał tam jakiś architekt lub malarz. Nigdy już się tego nie dowiem.


Tak w pełnej krasie wygląda ten niezwykły domek.

   W ten sposób dzięki podróżniczej pasji naszego syna mogliśmy odbyć wycieczkę, która była dość smutna, bo pokazywała to, co już przeminęło. Jedynie się łudzę, że biedny dąb Chrobry dalej będzie cieszył oczy turystów.

sobota, 31 października 2015

Żółte, pomarańczowe i czerwone, ale nie jesienne liście

   Moja awersja do jesieni jest chyba powszechnie znana. Przedwczoraj przyglądałam się kolorowym liściom dębów rosnących przy mojej ulicy i zastanawiałam się, kiedy skończy się ich żywot. Dziś widzę, że już niedługo, bo wystarczy, że powieje silniejszy wiatr i opadają. Dlatego wolę żywe kwiaty, których nigdy nikomu nie pozwalam zrywać. Po co mi krótkotrwały bukiet w wazonie, skoro nie postoi długo. Teraz wybrałam moje kwiaty w kolorach typowych dla jesiennych liści.


Cynia nie pachnie, ale za to długo kwitnie i jest wspaniałą ozdobą.


Dalia wprawdzie zwiastuje jesień, ale jaka jest urzekająca. 


Gazania aż wyszła ze swego miejsca, aby zwrócić na siebie uwagę.


Dwa czerwone, delikatne maczki, które zachęcają do zanucenia znanej pieśni.


 Pigwowiec, z którego owoców mąż zrobił nalewkę.


 Delikatnie żółta róża, która uśmiecha się do wszystkich.


Żonkile, na które będę czekać najkrócej, bo tylko do kwietnia.


Pomarańczowe aksamitki, które długo cieszą nasze oczy.

   A na koniec też coś pomarańczowego, a właściwie rudego, co nie jest kwiatkiem, ale pięknie wygląda.


To biedna ruda sierotka, która pierwsze swoje dni przeżyła w wysokim pudle w towarzystwie myszki, aby jej nie było smutno.  W pudle co jakiś czas była zmieniana litrowa butelka z ciepłą wodą, aby maleństwo miało się do czego przytulić podczas snu.


 Kochany Rudasek był tak ciekawy świata, że najwyższe pudło by go nie powstrzymało przed wyjściem i zwiedzaniem nieznanego mu pokoju.
Nie, Rudasek nie został u nas, bo musielibyśmy wybierać między kociątkiem a synem alergikiem, który kichał na sam widok jakiekolwiek zwierzątka z wyjątkiem szynszyli. Znalazła się wielbicielka rudych kotków i nasza sierotka znalazła dobre miejsce do życia.