Jeśli ktoś interesuje się polityką, to wie, że najsłynniejszym obecnie drzewem w Polsce jest brzoza ze Smoleńska. My na działce też mamy brzozę i to wyhodowaną "od małego" przez mojego męża. Wiele lat temu między krzewami czarnej porzeczki wyrosło maleństwo z delikatnym pniem i listkami. Mąż poczekał, aż maluszek podrośnie i za zgodą sąsiada posadził je na granicy między naszymi działkami. Nie wiadomo kiedy z maleństwa wyrosło potężne drzewo, którego gałęzie przeszkadzały rosnącym pod nim iglakom. Mąż co roku wchodził na drabinę i podcinał zwisające gałęzie. Wreszcie zdecydował się ściąć wierzchołek, co zrobił z narażeniem życia, bo wierzchołek był bardzo wysoko. Brzozie to obcinanie nie zaszkodziło, dalej sobie rośnie, na szczęście tylko przez kilka godzin rannych rzuca cień na naszą działkę, po południu cień już nie sprawia kłopotów.
A oto bohaterka mojego postu, nie ma czubka, ale nie ściął go żaden samolot, tylko mój mąż.
W tej chwili działka jest bardzo biedna, smutna, poza kotami nic nie cieszy oczu. Oto wierny Czarnuszek, który lubi nas odwiedzać i spędzać z nami czas. To chyba jedyny kot, który nie ucieka z naszej działki, gdy już się naje.
Będzie ze swymi towarzyszami przybiegał na działkę przez całą zimę i czekał na pełną miseczkę.



